Bardzo lubię moją Panią i lubię jej towarzyszyć we wszystkich zajęciach. Rano gdy wstajemy razem szykujemy poranna kawę dla Pani i mleczko dla mnie. Towarzyszę jej nawet w łazience (choć wstyd się do tego przyznać, ale znacie moją słabość do wody). Potem robimy śniadanko - dla mnie kocie chrupki, a dla Pani płatki z jogurtem. Po śniadanku Pani zabiera się do pracy. Prawda jest taka, że niewiele rozumiem z tej całej pracy mojej Pani, ale się bardzo staram. Wiem, że trzeba coś robić w "skrzynce od interneta" dlatego bacznie śledzę co się tam dzieje.
Trzeba też czytać i segregować różne papiery. Czytać jeszcze nie potrafię, za to w segregowaniu jestem dobry.
Czasami Pani musi coś zapisywać w wielkiej książce. W tym też chciałem jej pomóc, ale jeszcze nie bardzo radzę sobie z długopisem. Pisanie łapką na klawiaturze jest zdecydowanie łatwiejsze.
Potem wszystkie papiery trzeba zapakować do torby aktówki i Pani, albo Dziadek zabierają tą torbę do miejsca zwanego urzędem. Chciałem kiedyś zobaczyć to miejsce i wybrać się tam z Panią. Niestety nie udało mi się zmieścić do tej aktówki.
Simonka tylko z pobłażaniem przygląda się tym moim wysiłkom pracowym leżąc w swoim spanku i mówi, że chyba chcę zostać biurowcem - hymm...a może to się mówi urzędowcem (urzędnikiem?). Niech się to nazywa jak chce. Ja mam tylko nadzieję, że moja Pani docenia moją pomoc.
"Obcując z kotem, człowiek ryzykuje jedynie to, że stanie się wewnętrznie bogatszy." Colette
wtorek, 20 listopada 2012
poniedziałek, 19 listopada 2012
Gdzie jest kot?
Moje biodro już prawie wyleczone, samopoczucie coraz lepsze to też i humor mi dopisuje. Dlatego próbuję gdzie uda mi się wejść, albo wskoczyć i sięgam tam gdzie dawniej wejść nie mogłem. Pani załamuje ręce, bo jestem coraz bardziej nie do okiełznania. Muszę się przyznać, że wcale nie słucham jej zakazów dotyczących tego, że gdzieś nie można wejść. Jeżeli tylko uda mi się w to miejsce wskoczyć to z pewnością mnie tam nie zabraknie.
Już wiecie jak brzmi odpowiedź na tytułowe pytanie? Kot jest WSZĘDZIE!
piątek, 16 listopada 2012
Kreska prekursorka
Zastanawialiście się kiedyś dlaczego moi Państwo, którzy od wielu lat byli zawołanymi "psiarzami" w jednej chwili zdecydowali się na posiadanie kota? Ktoś powie, że mają dobre serca i gdy spotkali na swej drodze istotkę wymagającą ich pomocy, po prostu jej pomogli. Zapewne tak było, ale to nie cała prawda. Prawda jest taka, że podczas tegorocznych wakacji moi Państwo mieli już okazję zaopiekować się małym kotkiem, a raczej kotką. Kotka została nazwana przez moich Państwa "Kreseczką", ponieważ miała na nosku kreseczkę, chyba po bójce z innymi kotami.
Kreseczka nie miała tak tragicznych przeżyć jak ja, ale miała to nieszczęście, że była bezdomnym kotem. Gdy tylko zobaczyła moich Państwa, od razu zobaczyła w ich oczach miłość do zwierząt i postanowiła się z nimi zaprzyjaźnić. Każdego ranka o stałej porze przychodziła wiedząc, że z pewnością pamiętali o jej głodnym brzuszku i przynieśli na spotkanie coś dobrego.
Po zjedzonym śniadanku przychodziła pora na porcję pieszczot, którymi obdarzała ją moja Pani.
Z moim Panem czasami wybierała się w różne dziwne miejsca na przykład na drinka do pubu. Drinka oczywiście pił Pan, a Kreseczka tylko mu towarzyszyła.
Gdyby nie to, że Kreska spotkała moich Państwa w obcym kraju, z którego trudno byłoby przywieźć ją do Polski ze względu na restrykcyjne przepisy weterynaryjne, zapewne teraz to ona mieszkałaby z Simonką. Moi Państwo bardzo ją polubili, a ona ich. Nauczyli się od niej tego, że obcowanie z kotem daje co najmniej tyle przyjemności co obcowanie z psem. Uświadomili sobie, że kot także znalazłby miejsce w ich sercach. Dlatego też gdy los postawił na ich drodze mnie to nie wahali się otworzyć przede mną swój dom i swoje serca.
Za to wszystko dziękuję Ci Kreseczko. Mam nadzieję, że Ty też znajdziesz swój dom i swoich człowieków, którzy obdarzą Cię miłością, tak jak moi Państwo obdarzyli mnie. Bo o to że nie braknie Ci jedzonka i życzliwości hotelowych gości jestem pewny.
Kreseczka nie miała tak tragicznych przeżyć jak ja, ale miała to nieszczęście, że była bezdomnym kotem. Gdy tylko zobaczyła moich Państwa, od razu zobaczyła w ich oczach miłość do zwierząt i postanowiła się z nimi zaprzyjaźnić. Każdego ranka o stałej porze przychodziła wiedząc, że z pewnością pamiętali o jej głodnym brzuszku i przynieśli na spotkanie coś dobrego.
Po zjedzonym śniadanku przychodziła pora na porcję pieszczot, którymi obdarzała ją moja Pani.
Z moim Panem czasami wybierała się w różne dziwne miejsca na przykład na drinka do pubu. Drinka oczywiście pił Pan, a Kreseczka tylko mu towarzyszyła.
Gdyby nie to, że Kreska spotkała moich Państwa w obcym kraju, z którego trudno byłoby przywieźć ją do Polski ze względu na restrykcyjne przepisy weterynaryjne, zapewne teraz to ona mieszkałaby z Simonką. Moi Państwo bardzo ją polubili, a ona ich. Nauczyli się od niej tego, że obcowanie z kotem daje co najmniej tyle przyjemności co obcowanie z psem. Uświadomili sobie, że kot także znalazłby miejsce w ich sercach. Dlatego też gdy los postawił na ich drodze mnie to nie wahali się otworzyć przede mną swój dom i swoje serca.
Za to wszystko dziękuję Ci Kreseczko. Mam nadzieję, że Ty też znajdziesz swój dom i swoich człowieków, którzy obdarzą Cię miłością, tak jak moi Państwo obdarzyli mnie. Bo o to że nie braknie Ci jedzonka i życzliwości hotelowych gości jestem pewny.
czwartek, 15 listopada 2012
Gwiazda filmowa
Dzisiaj moja Pani nagrała filmik ze mną w roli głównej. Pokażę Wam na nim jak świetnie się bawię na moim drapaku. Miłego oglądania :)
No i jaką gwiazdę filmową Wam przypominam? Garfielda, Klakiera, Bonifacego, Filemona, a może Kota w Butach? Praca aktora jest jednak bardzo męcząca, więc po zdjęciach filmowych zasnąłem sobie słodko w ramionach mojej Pani.
wtorek, 13 listopada 2012
Schodzę na psy
Stare porzekadło mówi, że z kim przestajesz takim się stajesz. No i chyba tak faktycznie jest. Im dłużej mieszkam w moim nowym domu i im dłużej przebywam z Simonką tym częściej udzielają mi się różne psie zachowania.
Nasza Pani bardzo o nas dba, żeby nam nic nie zabrakło. Dba o nasze jak mówi "zbilansowane pożywienie" czyli o zapełnianie naszych miseczek. "Zasady żywienia kota i psa są różne dlatego pies powinien dostać inne jedzenie, a kot zupełnie inne" - tłumaczyła kiedyś naszemu Panu.
Może i tak jest, ale my z Simonką wiemy swoje. Jak tylko Pani naszykuje w kociej misce "kocie" jedzenie, a w psiej misce "psie" i postawi w kuchni nasze miseczki to oboje z Simonką szybko biegniemy jeść. Ja - z psiej miski, Simonka - z kociej.
"No i co ja z Wami mam" - mówi Pani. "Gdzie zasady zdrowego odżywania zwierzaków?"- powtarza załamując ręce. A my tam wiemy swoje. W misce "konkurencji" z pewnością jest lepsze jedzonko niż w mojej. Może to przez to jedzenie psiego żarcia coraz częściej łapię się na różnych psich zachowaniach. Jak już mówiłem nauczyłem się od Simonki wskakiwania na parapet i pilnowania domu przez okno. Simonka nauczyła mnie także jak się "bierze na litość" naszych Państwa kiedy mają coś dobrego do jedzenia. Trzeba wtedy przytulić się do człowieka, położyć mu łapkę na udzie, albo ręce i do tego należy zrobić "strasznie smutną minkę zagłodzonego kotka (pieska) z Etiopii". Żadne człowiecze serce tego nie wytrzyma i zawsze chociaż mały kąsek wpadnie w nasze pyszczki.
Jak smakuje psie jedzonko już wiem. Dziś postanowiłem sprawdzić czy Simonka ma wygodniejsze spanko od mojego.
Po wypróbowaniu jednak stwierdziłem, że moje spanko jest o wiele przytulniejsze, a w tym dużym psim można się zgubić. Kolejną rzeczą, którą przejąłem od Simonki jest kulturalny zwyczaj witania gości w naszym domu. Oznacza to, że jak tylko ktoś zadzwoni do naszych drzwi, to oboje z Simką pędzimy do drzwi żeby zobaczyć kto do nas zawitał i powiedzieć "Cześć (hau-miau)", a przy okazji dostać kilka miłych głaskańców.
Pan powiedział, że "schodzę na psy z tym swoim zachowanie". A Pani dodała że "jeszcze trochę ,a wejdę temu psu na głowę".
Hymm...całkiem fajny pomysł z tym wchodzeniem mi Pani podsunęła. No to zebrałem się na odwagę i spróbowałem. Udało mi się! Sami zobaczcie.


sobota, 10 listopada 2012
Okno - mistrz
Dziś od rana wielki alarm. Wszystkie ręce (i łapki pewnie też) na pokład bo będziemy myć okna.
Jeszcze nigdy nie myłem okien, co najwyżej malowaliśmy z Simonką takie mokre ślimaczki noskami przyklejonymi do szyby. Fakt faktem, że udało nam się ich zrobić dość sporo i dlatego Pani powiedziała, że te okna wymagają umycia. Simonka próbowała mi tłumaczyć, że jak w domu jest mycie okien to najlepiej zejść człowiekom z drogi i ułożyć się w cichym kątku do spania. Niech sobie mówi co chce, skoro Pani ogłosiła alarm, to trzeba pomagać. A że ja do pomocy jestem zawsze pierwszy to od razu zabrałem się do roboty.
Wiadro, woda, szmatka i do tego kot to najlepszy zestaw do mycia okien. Aż paliłem się do tej pracy. Tylko jakoś moi Państwo nie podzielali mojego entuzjazmu. Bali się, że spadnę z tego okna, a raczej wypadnę przez otwarte okno. "Pamiętaj Bajtuś Ty nie jesteś kotkiem który spada na cztery łapki" - powiedział Pan. "Możesz zrobić sobie krzywdę" - dodała Pani. To prawda, że z powodu mojego biodra nie jestem tak sprawny jak inne kotki i gdy skaczę, a nie uda mi się o coś zaczepić pazurkami przednich łapek, żeby złapać równowagę to wtedy spadam na łeb na szyję. Wcale się jednak nie przejmuję tymi upadkami i nadal próbuję wchodzić tam gdzie mi nie wolno. Na przykład podczas tego mycia okien nauczyłem się wchodzić na drabinę.
Przez okno nie wypadłem, a dzięki mojej wydatnej pomocy moi Państwo poradzili sobie z umyciem wszystkich okien w naszym domu. Teraz lśnią jak diamenty i są gotowe na malowanie kolejnych mokrych noskowych ślimaczków.
Bardzo zmęczyło mnie to całe mycie okien. Dlatego postanowiłem trochę odpocząć. Najlepszym do tego miejscem okazały się fajne falbankowe zasłonki mojej Pani na których umościwszy się zapadłem w drzemkę.
czwartek, 8 listopada 2012
Sprząta - nie
Dziś od rana roznosiła mnie energia. "Wstawaj Simonka! Wstawaj! Już jest jasno!" Simonka przeciągnęła się leniwie i otworzyła oczy. "Po co mam wstawać kiedy nasza Pani jeszcze śpi, a za oknem pada deszcz? Ja tam wolę jeszcze pospać". "Ale mnie się już nie chce spać. To co mam robić?"
"To patrz przez okno i pilnuj, żeby się tu nie kręciły żadne obce psy i koty" - powiedziała i ułożyła się do snu w swoim spanku. Wskoczyłem na okno i bacznie obserwowałem całe otoczenie naszego domu.
"Simonka! Simonka!". "Co znowu?" - mruknęła Simonka nie otwierając oczu. " A co mam zrobić jak pojawi się jakiś pies albo kot?". " Jak to co? Zacznij głośno szczekać". "Ahaaa" No to sobie tak siedziałem i pilnowałem naszego domku. Dobrze, że nie przechodził żaden pies ani kot bo uświadomiłem sobie, że ja w ogóle nie potrafię szczekać.
Po porannej miseczce mleczka i kubku kawy (tzn. ja piłem mleczko, a Pani kawę) zabraliśmy się z Panią za sprzątanie. Pani wyjęła takie urządzenie, które robiło głośno " Łuuuuuu". Simonka od razu złapała swoją kość i w te pędy uciekła do kuchni. A ja sie tego Pana Łuuu wcale nie bałem. Chodziłem za Panią i za nim i polowałem na jego długi czarny ogonek. Niestety Pani powiedziała, że nie wolno gryźć odkurzacza po ogonku znaczy się po kablu. A ja przecież tylko chciałem pomóc. Kiedy Pani skończyła odkurzanie zamknęła Pana Łuuu do jego budy. Potem nalała wody do wiaderka, wlała coś co dziwnie pachniało zabrała mopa i zaczęła wycierać podłogę. Jako dobry i uczynny kotek pomagałem jej w tym ze wszystkich sił.
Tylko nie wiem dlaczego wcale się z tego nie cieszyła. Może myślała, że nie będę wycierał wszystkich kątów dokładnie? Nie dałem się jednak przegonić i dzielnie towarzyszyłem jej tak długo, aż posprzątaliśmy całe mieszkanie. Tłumaczyła mi potem, że "Pani sprząta, a kotek nie", ale ja i tak lubie to sprząta - nie.
Po ciężkiej pracy i smacznym posiłku, kiedy Pani zapaliła w piecu opowiedziałem Simonce (która przespała prawie cały dzień) jak dużo dzisiaj się napracowałem. Podsumowując dzisiejszy dzień sprzątać już potrafię...hymm tylko szczekać jeszcze nie.
środa, 7 listopada 2012
Czy jestem jakiś inny?
Moi Państwo po raz pierwszy mają kota (czyli mnie), dlatego swoją wiedzę o kocim świecie czerpią z doświadczeń innych hodowców kotów np. Cioci Heni, albo kolegi mojego Pana - Tomka. Często też szukają informacji na temat kotów w "magicznej skrzynce od interneta". W tej skrzynce było napisane, że "...Koty nie są naturalnie przygotowane do czerpania przyjemności z kontaktu z wodą, myją się językiem i wolą wilgotne kocie pożywienie niż wodę do picia. Kiedy kot się zamoczy, godzinami się myje, wyłącznie w celu wygładzenia futerka, dlatego kąpiel zajęłaby mu zbyt dużo czasu i energii. Nawet na wolności koty rzadko wchodzą w bliższy kontakt z wodą..."
A mnie woda od kiedy jestem w moim nowym domu bardzo fascynuje. Lubię ją pić - szczególnie z miseczki Simonki (ona chyba dostaje smaczniejszą) O tym, że lubię szemranie wody płynącej pod wanna już wiecie. Kiedy Pan albo Pani się kąpią to też im towarzyszę w łazience i przyglądam się jak z kranu do wanny płynie woda. No jakby na to nie patrzeć to fajna jest ta woda, a w wannie jak już wiecie kiedyś byłem i wcale nie było strasznie.
Dziś postanowiłem zebrać się na odwagę i samemu się wykąpać. Kiedy Pani zatkała odpływ wanny i zaczęła do niej napuszczać wody wskoczyłem na wanne. Chwilę się przyglądałem płynącej wodzie, a potem zsuwająć najpierw przednie łapki potem tylne wskoczyłem do wanny. Tak właśnie zastała mnie Pani.
Chodziłem sobie po tej wodzie mocząc łapki i czasami próbując pokosztować jak smakuje. Pani pomogła mi się umyć mocząc moje futerko kawałek po kawałku. Po chwili byłem cały mokry od różowego noska aż po koniuszek ogonka. I wiecie co? Wcale się nie bałem i było to bardzo przyjemne. Teraz wiem już na pewno, że nie będzie to moja ostatnia kąpiel. Później Pani wyjęła mnie z wanny i dokładnie osuszyła ciepłym i suchym ręcznikiem. Musiałem jednak co nieco poprawić po niej bo strasznie mnie rozczochrała podczas tego wycierania. Zresztą sami zobaczcie:
Pani tą moją kąpiel skwitowała zdaniem, że jestem jakiś inny - nietypowy. A Pan powiedział, że zapewne jestem bengalski, bo to koty bengalskie lubią korzystać z wody.
wtorek, 6 listopada 2012
WC - Ważna Codzienność
Ważną częścią naszego życia jest zaspokajanie swoich potrzeb fizjologicznych. Wiadomo, że jak się je to później trzeba się też gdzieś załatwić. Nie wiem kiedy i kto nauczył mnie słowa "kuweta". Musiało być to bardzo dawno, nim jeszcze trafiłem do domu moich Państwa. Fakt faktem, że jak tylko pojawiła się w naszym domu kuweta od razu wiedziałem do czego ona służy.
Najczęściej to Pani dba o to aby było w niej czysto. Myje ją, suszy, wsypuje do niej świeży żwirek i coś co sprawia, że ładniej pachnie. Ja na swój koci sposób też starałem się dbać o tą kuwetę. Gdy z niej korzystałem zawsze dokładnie zakopywałem to co zrobiłem. To chyba grzeczne i kulturalne z mojej strony, nie? Tylko nie wiem dlaczego Pani nie była zachwycona tym moim sprzątaniem.
Zawsze wtedy narzekała, że bałaganiarz ze mnie i biorąc miotłe do ręki poprawiała efekty mojego sprzątania. Kiedy chciałem jej pomagać w tym zamiataniu wieszając się na szczotce też nie była tym zachwycona. Pan widząc nas - jak tak sprzątamy - mówił do Pani - " Kochanie podłogę sprząta się MOPEM a nie KOTEM". A wtedy oboje wybuchali śmiechem. Potem dodawał, że znajdzie na ten "koci problem" jakieś rozwiązanie. No i dziś Pan Kurier przyniósł do naszego domu to rozwiązanie. Był to wielki karton, który z Simonką dokładnie obwąchaliśmy, bo pachniał dziwnie obco. Z kartonu nasza Pani wyjęła różne części i w parę minut poskładała całkiem "wypasioną" kocią toaletę. Jak tylko Pani wsypała do niej żwirek od razu chciałem ją wypróbować.
No! Teraz to mam luksusowy apartament od "tych rzeczy". Mogę spokojnie zakopywać to co zrobię i nie bałaganię przy tej okazji wszędzie wokoło. Mnie i Simonce (która trochę mi zazdrości tego przybytku) bardzo się to rozwiązanie podoba. Mam nadzieję, że nasza Pani też bedzie z niego zadowolona, a "koci problem" został w naszym domu definitywnie rozwiązany.
niedziela, 4 listopada 2012
Kocimiętka
Już Wam się kiedyś chwaliłem moim nowym domkiem-drapakiem. Jest ładny, ale ja niespecjalnie go polubiłem. Wiecie czemu? Bo tak dziwnie pachnie. Jako kot mam bardzo czuły na zapachy nosek, a ten domek pachnie jakoś tak chemicznie. Pani mówi, że to zapach kleju przy poomocy którego oklejono mój domek mięciutkim futerkiem. Pan powiedział, że kupi mi kocimiętkę i od razu polubię ten swój domek.
Kocimiętka - to słowo brzmi bardzo ponętnie, ale tak naprawdę to nie wiem czym ta kocimiętka jest. Zapytałem o to Simonkę. W końcu jest ode mnie starsza i mądrzejsza. Nie wiedziała, ale obiecała że jak naszego Państwa nie będzie to sprawdzi to w "magicznej skrzynce od interneta". Okazja nadarzyła się kiedy Pani z Panem pojechali na zakupy.
W skrzynce było napisane tak:
"...Nepeta cataria, czyli tak zwana kocimiętka, jest rośliną, która specyficznie działa na koty. Zapach kocimiętki działa na koty wyjątkowo stymulująco. Dla ponad 50% kocich osobników kocimiętka jest szalenie podniecająca i nie przejdą one obojętnie obok niej. Czy to mowa o rosnącej roślince czy też o suszu, kot zaczyna tarzać się w niej ekstatycznie, lizać ją, gryźć i mruczeć z zadowolenia. Wynika to z zawartej w kocimiętce terpeny, która jest kocim feromonem. Choć zachowanie zwierzaka może budzić różne obawy, dla kota to ziele jest całkowicie nieszkodliwe...".
Po usłyszeniu tego opisu jeszcze bardziej zapragnąłem spróbować co to takiego. Kiedy Pan z Panią wrócili z zakupów Pan powiedział, że ma dla mnie coś specjalnego. Byłem już pewny, że to będzie ta magiczna kocimiętka. Po czym Pan wziął małe pudełeczko i podszedł do mojego domku. Posypał troszkę po dachu mojego domku i...
Nie macie pojęcia jaki piękny jest mój domek. Te kolory! Ten zapach! Mmmmmrrrrr... a jak pysznie smakuje. Mógłbym go lizać i głaskać łapką przez cały dzień. Widzieliście? W moim domku harcują małe różowiutkie myszki. Zaraz ktorąś upoluje. O! Uciekła mi. A tam na półeczcie siedzi niebieski ptaszek. Zaraz skoczę i go złapię."Simonka chodź zobacz jaki mam piękny tęczowy domek" - wołam moją psią przyjaciółkę."Ha ha ha...ale dlaczego masz Simonko takie śmieszne fioletowe kokardki zamiast uszu. Wiesz zabawnie wyglądasz..hi hi hi"."Oj mały, mały czego Ty się najadłeś? Wyglądasz jak nasz sąsiad z naprzeciwka kiedy wraca do domu po kilku piwach" - odpowiedziała mi z dezaprobatą.
Podobno strasznie rozrabiałem po tej kocimiętce. Właściwie nic z tego nie pamiętam, ale od tego czasu jakoś mam miłe skojarzenia z moim domkiem i lubię sobie czasami uciąć w nim drzemkę śniąc o różowych myszkach.
piątek, 2 listopada 2012
Odwaga i strach
Dzisiaj Pani i Pan zabrali nas na wyprawę. Nie do końca wiedziałem gdzie się wybieramy, ale że lubię nowe wyzwania to byłem ciekawy i podekscytowany. Za to Simonka wydawała się być trochę zdenerwowana. Pod domem czekał na nas Dziadek i powiedział, że mamy wsiadać do samochodu i on nas zawiezie. Trochę się bałem tej jazdy samochodem, bo silnik warczał i świat za oknem tak dziwnie się kręcił. Na szczęście Pani trzymała mnie w ramionach i dodawała mi odwagi. A Simonka się ze mnie śmiała, że boję się jeździć samochodem. "Klipa z Ciebie Bajtek. Jazda samochodem to fajna przygoda i zawsze potem coś fajnego się dzieje" - powiedziała.
Kiedy samochód się zatrzymał i wysiedliśmy z niego, już wiedziałem gdzie jesteśmy. W tym miejscu już byłem. W drzwiach przywitał nas uśmiechnięty Pan Doktor. Ten sam, który tak troskliwie zajął się moim biodrem. "O widzę, że już znacznie lepiej kociak się czuje i wcale nie jest już taki przestraszony" - powiedział Doktor do mojej Pani sadzając mnie na stole. Popatrzyłem dumny z siebie na Simonkę, która wraz z Panem stała koło drzwi. Simonka cała drżała z podkulonym pod siebie ogonem, usiłując wcisnąc się w najdalszy kąt gabinetu. "Ty się boisz?" - spytałem. "Tak!" - przyznała.
A ja się wcale nie bałem. Pan Doktor sprawdził moje biodro. "Jeszcze trochę a będzie wszystko w porządku" - powiedział. Dostałem także zastrzyk, który ma sprawić, abym nie zachorował na Kaliciwirozę, Panleukopenię i Wirusowe zapalenie nosa i tchawicy. Potem jeszcze dostałem tabletkę na jakieś "odrobakowienie" czy jakoś tak. No i na prośbę mojej Pani Pan Doktor przyciął moje pazurki, bo były za ostre i raniły moją Panią.
W nagrodę za to, że byłem taki dzielny, Pan Doktor założył mi zupełnie własną osobistą Książeczkę Zdrowia Kota. Sami zobaczcie. Jestem z niej bardzo dumny.
Simonka też dostała tabletkę na "odrobakowienie". Hymm... a może to było "odrobaczenie". Pan Doktor jej pazurki także skrócił. Simonka zastrzyku nie dostała, bo nie choruje na takie choroby jak ja. No to po strachu. Mogliśmy wracać do domu. No i kto z nas był bardziej odważny? Odpowiedzcie sobie sami.
Trochę mnie ta cała wycieczka zmęczyła, wiec jak tylko wróciliśmy do domu, uciąłem sobie smaczną drzemkę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


































